Ludzie madrzejsi zawsze beda w demokracji cierpiec z reki glupszych. Sama matematyka wskazuje, ze wybory wygrywane sa "statystycznym glosujacym", a wiec IQ w granicach 100pkt. Na potrzeby mizgulowatego 100punktowca ustalane sa programy i przemowy publiczne. Demokracja jest wiec procesem wyciecia od rzadu ludzi madrych, bez ich fizycznej eliminacji. Narod w wyniku demokracji nie moze byc niezalezny, zawsze staje sie narodem skolonizowanym. Kolonizacja bowiem polega wlasnie na utworzeniu dyspozycyjnych elit oderwanych od reszty narodu poprzez swoja calkowita zaleznosc od kolonizatora. Zaleznosc taka wystepuje zawsze, gdy umyslowe i psychiczne zdolnosci elity sa kalekie.
Dokladnie tak samo promuje sie miernoty w rzadach postkolonialnych Jewropy - jest to celowe, nie przypadkowe, i zapewnia 100% dyspozycyjnosc wypromowanych polglowkow. Stalin mawial o nich:"Mierni, ale wierni".


gdyby demokracja stała się bardziej tą tzw. uczestniczącą, wzrosłaby ilośc ludzi lepiej poinformowanych i umiejących wnioskować choćby rozsądnie;
smutne jest obecnie to, że polscy wyborcy nie wspierają własnego państwa, lecz rząd, który to państwo rozkłada;
brzmi to nieco wywrotowo, ale po-smoleńskie czyny dają taki obraz.